Zastanawialiście się kiedyś nad wiernością?? Nie w sensie nad zachowaniem, a nad zdradą? Od której strony by nie podejść można czepiać się zaufania, albo jego braku. Pewności drugiej osoby, braku poczucia własnej wartości.
Myśli na ten temat jakoś ostatnio kołaczą mi sie po głowie. Skąd raptem bierze się myśl, a co by było gdybym został/została zdradzony/zdradzona. Przecież na dobrą sprawę nie mam podstaw by nie ufać. Nie stało się nic co mogłoby wzbudzić mój brak zaufania.
A uczucie jakie wiąże dwoje ludzi powinno być na tyle mocne i silne, że aż scementowane jakimiś kosmicznymi ilościami zaufania.
Poza tym zazdrość raczej nie wprawia w związku stron w stany euforyczne, raczej mocno potrafi dołować i doprowadzać na różne niezbyt przyjemne stany.
Kiedyś uważałem, że zazdrość nie jest wyrazem braku zaufania dla mojej partnerki, ale dla podejrzanego przedstawiciela tożsamej z moją płci. Zastanawiam się nad tym. I dochodzę do wniosku, że myślenie jest błędne i de facto byłoby wątpieniem w uczucie jej do mnie. Przecież jako osoba dorosła, powinna potrafić być asertywna i gdy jakiś baran/buc na coś zacząłby naciskać powinna kopnąć w jaja i kazać spadać na szczaw, a nie karnie ulec i potem cierpieć wyrzutów sumienia, co kończyłoby się rozstaniem. Wniosek o rozstaniu to mój pogląd gdyż wiem, że nie byłby już z taką kobietą. Z drugiej jednak strony nie jest to podejrzliwość do niego, ale pokręcony brak zaufania do niej i do naszego uczucia. Gdyż w takim podejściu zakładam, że jej/nasze uczucie jest słabsze od tego co może poczuć to jakiegoś zera męskiego. I ulegnie, poświęci to co jest między nami. Wniosek: takie podejście jest błędne jeśli zakładam zaufanie i siłę związku.
Skąd w takim razie zazdrość?
Rozwiązanie, albo może trop dopiero naszło mnie dzisiaj. Przecież ufając jej nie mam żadnych racjonalnych pobudek by być zazdrosnym, zwłaszcza jeśli mam dość dobre (pewnie niesłusznie) mniemanie o sobie. Otóż ta zazdrość to efekt doświadczeń. I zbiegów okoliczności, które w mojej głowie podsuwają mi świadomość zbieżności jakiś tam z pozoru nieistotnych wydarzeń. Te z pozoru nieistotne i zbagatelizowane przeze mnie kiedyś sygnały (małe wydarzenia) doprowadziły do serii wypadków, które to zakończyły się rozstaniem. Wobec tego z jednej strony mam swoje dość racjonalne serce, z drugiej jakąś taką ukrytą pod czaszką obawę, że może tym razem postąpić inaczej, ale to przecież inna osoba, ale jednak, a może lepiej dmuchać na zimne. I rodzi się dysonans. I chcąc nie chcąc człowiek się obawia, mimo że jest drugiej osoby pewny.
Ja wiem, że nie ufam pewnym sytuacjom. W podobnych okolicznościach zbagatelizowałem pewne rzeczy co obróciło się przeciwko mnie i okazało sie mieczem obusiecznym. Wobec tego teraz chyba podświadomie się boję. I na przykład kontakty pewnych osób, albo spotkania z pewnymi osobami są dla mnie światłem ostrzegawczym. Kiedyś takie rzeczy ignorowałem, jako skrajny pewniacha i straciłem kogoś. Teraz boję się powtórzyć tamtych błędów i boję się także przegiąć w drugą stronę.
Kocham Cie Skarbie Najmocniej na swiecie:***************!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!