Czasami każdego weźmie coś…
Koszykówka może…
Może trzeba się przerzucić na koszykówkę? Tu jeszcze wygrywamy, mamy coraz mocniejszy team, coraz większe możliwości, gramy w finałach, związek koszykówki niczego nie psuje…
DODATEK SPECJALNY
Drodzy czytelnicy.
Chyba powoli następuje nieuniknione. Rozpocząłem powolny proces migracji. Z różnych względów a także z powodów osobistych przenoszę się powoli do Google ze swoim blogiem. Skoro już do mnie listy piszą, znają moje adresy itd. Poza tym mają kilka funkcji, których WP nie posiada.
Tymczasowo zapraszam na równoległy blog: Piotr Prawda w BlogSpocie
Istnieje możliwość dodania RSSów do niego, kliknięcia w banery itp. Zachęcam do odwiedzin i klikania, czytania, komentowania, oceniania.
Wierność… a raczej zdrada.
Zastanawialiście się kiedyś nad wiernością?? Nie w sensie nad zachowaniem, a nad zdradą? Od której strony by nie podejść można czepiać się zaufania, albo jego braku. Pewności drugiej osoby, braku poczucia własnej wartości.
Myśli na ten temat jakoś ostatnio kołaczą mi sie po głowie. Skąd raptem bierze się myśl, a co by było gdybym został/została zdradzony/zdradzona. Przecież na dobrą sprawę nie mam podstaw by nie ufać. Nie stało się nic co mogłoby wzbudzić mój brak zaufania.
A uczucie jakie wiąże dwoje ludzi powinno być na tyle mocne i silne, że aż scementowane jakimiś kosmicznymi ilościami zaufania.
Poza tym zazdrość raczej nie wprawia w związku stron w stany euforyczne, raczej mocno potrafi dołować i doprowadzać na różne niezbyt przyjemne stany.
Kiedyś uważałem, że zazdrość nie jest wyrazem braku zaufania dla mojej partnerki, ale dla podejrzanego przedstawiciela tożsamej z moją płci. Zastanawiam się nad tym. I dochodzę do wniosku, że myślenie jest błędne i de facto byłoby wątpieniem w uczucie jej do mnie. Przecież jako osoba dorosła, powinna potrafić być asertywna i gdy jakiś baran/buc na coś zacząłby naciskać powinna kopnąć w jaja i kazać spadać na szczaw, a nie karnie ulec i potem cierpieć wyrzutów sumienia, co kończyłoby się rozstaniem. Wniosek o rozstaniu to mój pogląd gdyż wiem, że nie byłby już z taką kobietą. Z drugiej jednak strony nie jest to podejrzliwość do niego, ale pokręcony brak zaufania do niej i do naszego uczucia. Gdyż w takim podejściu zakładam, że jej/nasze uczucie jest słabsze od tego co może poczuć to jakiegoś zera męskiego. I ulegnie, poświęci to co jest między nami. Wniosek: takie podejście jest błędne jeśli zakładam zaufanie i siłę związku.
Skąd w takim razie zazdrość?
Rozwiązanie, albo może trop dopiero naszło mnie dzisiaj. Przecież ufając jej nie mam żadnych racjonalnych pobudek by być zazdrosnym, zwłaszcza jeśli mam dość dobre (pewnie niesłusznie) mniemanie o sobie. Otóż ta zazdrość to efekt doświadczeń. I zbiegów okoliczności, które w mojej głowie podsuwają mi świadomość zbieżności jakiś tam z pozoru nieistotnych wydarzeń. Te z pozoru nieistotne i zbagatelizowane przeze mnie kiedyś sygnały (małe wydarzenia) doprowadziły do serii wypadków, które to zakończyły się rozstaniem. Wobec tego z jednej strony mam swoje dość racjonalne serce, z drugiej jakąś taką ukrytą pod czaszką obawę, że może tym razem postąpić inaczej, ale to przecież inna osoba, ale jednak, a może lepiej dmuchać na zimne. I rodzi się dysonans. I chcąc nie chcąc człowiek się obawia, mimo że jest drugiej osoby pewny.
Ja wiem, że nie ufam pewnym sytuacjom. W podobnych okolicznościach zbagatelizowałem pewne rzeczy co obróciło się przeciwko mnie i okazało sie mieczem obusiecznym. Wobec tego teraz chyba podświadomie się boję. I na przykład kontakty pewnych osób, albo spotkania z pewnymi osobami są dla mnie światłem ostrzegawczym. Kiedyś takie rzeczy ignorowałem, jako skrajny pewniacha i straciłem kogoś. Teraz boję się powtórzyć tamtych błędów i boję się także przegiąć w drugą stronę.
Oficjalne stanowisko na dzisiaj:
Music for this evening
Ostatnimi czasy pojawiło się w sieci pełno filmików o spiskowej teorii dziejów, o zdobywaniu informacji o nas przez m.in. google.
Po pierwsze a ja tam google lubię. I maila i dokumenty, kolendarza i readera raczej nie używam, ale Picasy już często, podobnie Google Earth.
Po wtóre.
Każdy tego typu usługodawca ma o nas kolekcję danych. Google obrywa bo jest jednym z gigantów, a wiadomo w większego łatwiej trafić.
Obawy są uzasadnione. Tzn. obawy co do możliwości zbierania informacji. Jak one będą wykorzystane to już inny mniej czy bardziej realny problem.
Zastanówmy się ów przykładzie google co właściwie można o nas powiedzieć i dlaczego.
Powód jest banalny – większość skrzynek mailowych tzw. browserowych, ma opcję wyszukiwania po nagłówku, tytule, nadawcy, oraz zawartości. Świadczy to o jednym, każdy nasz mail został “przejrzany” przez automat i każde słowo zostało zindeksowane.
Jak często od chwili założenia skrzynki pocztowej informowałaś/informowałeś kogoś o swoim aktualnym adresie? Weźmy taki portal aukcyjny. Za każdym razem gdy kupujemy/sprzedajemy wysyłamy maila automatem, albo sami, z potwierdzeniem zakupu i adresu, czyli ul. bla bla bla xxx/yy. Albo prosząc o przesyłkę czegoś informujemy grzecznie, że zgodnie z zamówieniem prosimy wysłać paczkę na adres:… .
A sprzedający? A proszę bardzo, przy każdym zakupie wysyłany jest mail zawierający numer konta w celach oczywiście słusznych – bo przecież ten co kupił musi nam zapłacić. Załączamy także nasz adres jako adres odbiorcy przekazu.
Każdy taki mail jest zeskanowany i zindeksowany.
Pójdę krok dalej, jak często ostatnio informowaliśmy kogoś o naszym nowym numerze telefonu, albo o adresie komunikatora?
Obstawiam, że w ciągu ostatniego półrocza miało to miejsce przynajmniej raz.
A teraz coś mniej oczywistego. Przecież można powiedzieć absolutnie wszystko w mailu. Mamy takie głupie przyzwyczajenie, że wiadomość mailowa jest prywatna. Jak często zdarzyło się wam zwierzać komuś? W przypływie tęsknoty napisać ze szczegółami o sobie i tym co u nas? O zdechłym kocie, o tym że podrywało się dziewczynę, a potem okazało się że jest nieletnia, o śmierci kogoś bliskiego i kogoś z domu obok.
Jak często zdarzyło wam się zdradzić w mailach? Flirtować?
Jak często wysyłacie zdjęcia mailem? Z wakacji, z urlopu, ze świąt, zdjęcia dzieci i najbliższych, albo swoje własne zdjęcia ale nagie…
To wszystko jest i istnieje, nie ma okresu półtrwania. Wiadomość usunięta nie znika, dryfuje sobie na serwerze jako kopia dokumentu, albo kopia bezpieczeństwa. Przecież z poziomu wyszukiwarki można obejrzeć kopię strony, która już została zamknięta.
Nie chcę siać tu paniki, ale chciałbym aby rozsądnie korzystać i liczyć się z konsekwencjami…
W ramach porannej rozrywki i dlatego, że czekam aż będę mógł wkroczyć do remontowej akcji.
Reguły golfa sypialnianego:
1.Każdy gracz powinien posiadać własny sprzęt – kij i dwie piłeczki przeważnie wystarczają w zupełności.
2. Używanie pola golfowego musi być zatwierdzone przez właścicielkę dołka.
3. W przeciwieństwie do zwykłego golfa, w tej grze celem jest umieszczenie
w dołku kija i pozostawienie piłeczek na zewnątrz.
4. Na pozytywny wynik gry wpływa często twardość używanego kija.
Właścicielka pola jest upoważniona do sprawdzenia twardości kija przed rozpoczęciem gry.
5. Właścicielka pola zastrzega sobie prawo ograniczenia długości kija, w celu uniknięcia uszkodzeń dołków.
6. Celem gry jest wykonanie na tyle dużej ilość uderzeń, żeby dołek był pełny a właścicielka pola zadowolona. Przedwczesne zakończenie gry może doprowadzić do odebrania licencji.
7. Jako niegrzeczne postrzegane jest granie do dołka
bezpośrednio po rozpoczęciu gry. Doświadczeni gracze badają na początku
wzgórza i zapaści pola.
8. Gracze są ostrzeżeni, by nie wspominać podczas gry żadnych innych pól na których grali w przeszłości, bądź obecnie grywają.
Bywały przypadki, iż właścicielki pól uszkadzały z tego powodu wyposażenie graczy.
9. Na wielu polach, do standardowego wyposażenia golfisty
zalicza się płaszcz przeciwdeszczowy.
10. Gracze nie powinni z góry zakładać, że wybrane przez nich pole jest zawsze dostępne. W przeciwnym razie mogą być zawiedzeni, gdy okaże się, że z powodów prac konserwacyjnych pole jest chwilowo nieczynne. W takiej sytuacji zaleca się graczom zachować wyjątkowy takt. Bardziej zaradni gracze znajdą sobie alternatywne gry.
11. Gracze powinni się upewnić, czy ich gra jest dobrze zaplanowana, szczególnie jeśli grają po raz pierwszy na nowym polu.
Poprzedni gracze danego pola mogą się zdenerwować, gdy odkryją, że ktoś inny gra na polu, które uważali do tej pory za ich prywatne.
12. Właścicielka pola odpowiedzialna jest za przycinanie
krzaków, które mogłyby zmniejszyć widoczność dołka.
13. Doradzana jest gra spokojna i powolna. Gracze powinni być jednak przygotowani na zwiększenie tempa rozgrywki w razie wyraźnego życzenia właścicielki pola.
14. Gracz chcący zagrać na polu od tyłu powinien koniecznie uzgodnić to wcześniej z właścicielką.
15. Jako niezłe osiągnięcie uważane jest punktowanie na jednym dołku kilka razy z rzędu, gdy tylko czas na to pozwala.
źródło: http://www.complex.com.pl/~rodzynek/n-golf.htm
O mnie, o ślubach i o szpalerze…
Wczoraj stało się coś co stać się kiedyś wreszcie musiało – pierwszy ślub znajomych… Sądziłem, że fala zaręczyn, która nastąpiła około 3 roku studiów przygotowała mnie psychicznie na falę ślubów, która coś czuję dopiero zaczęła się wzmagać.
Ale czy to zjawisko, na które trzeba się przygotować? Przecież to tego typu święto, które jest i powinno sprawić nam dużo radości. Oczywiście sprawia, bo widok szczęśliwej osoby, którą zna się od dziecka promieniu również na mnie. Nie jestem przecież ze spiżu zrobiony. Panią P. znam hmmm… chyba od zawsze. Pana P. poznałem przy okazji studniówki. W zasadzie, gdyby u nas w kościołach był zwyczaj dzielenia gości na “od pana młodego” i “od panny młodej” zdecydowanie siedziałbym po stronie Pani P. Jej mąż – w porządku człowiek, złego słowa powiedzieć nie mogę. Także serce i dusza się raduje gdy człowiek widzi jak są szczęśliwi i jaki krok podejmują.
W trakcie uroczystości i po jednak nachodzą człowieka różne myśli. Kiedy można ułożyć sobie w głowie plan ślubów to dobrze i ja mniej więcej jestem w stanie to rozplanować. Wiem kiedy kto planuje. Nie wiem czy będę na nie zaproszony, ale wiem kiedy mają się odbyć. Problem jednak jest inny tam są śluby ich, a mój? Nie trafia do mnie ta cała feta ślubna. Kiedy myślę o ślubię myślę raczej w kontekście czyjegoś ślubu, mało kiedy swojego. Posługiwanie się jednak zwrotem “mój” ślub też jest nie na miejscu trochę, bo przecież to zawsze dotyczy dwóch osób. Osoba, z którą jestem teraz związany, budzi we mnie wiele najlepszych pokładów mnie. Myślę w kategoriach “my”, planuję i zakładam “dla nas”… Ale dlaczego ślub? Jestem w stanie myśleć o nas w kontekście “my za dwadzieścia/trzydzieści/itd. lat”. Ale dlaczego po ślubie? Czy to teraz aby nie tylko wymiar symboliczny? Czy miłość ma znaczenie kluczowe czy ta uroczystość?
Codzienność podsuwa mi za dużo negatywnych przykładów. Są ludzie szczęśliwi po ślubie i temu nie będę zaprzeczał, z drugiej strony boję się, że równie dużo jest związków, które zaczęły psuć się po ślubie. Ludzie się rozwodzą, potem się nienawidzą, wyciągają brudy i męczą się przed sądem. Na szczęście muszą czekać kolejne kilkanaście lat. Inni zwyczajnie żyją ze swoimi współmałżonkami, ale tylko dlatego że pocieszenie i zadowolenie przynoszą ze spotkania ze swoim/swoją kochankiem/kochanką. Inni uciekają z domu, pracują, chleją itp., stan w jakim wracają do domu sprawia, że nic ich już nie rusza.
Z drugiej strony mogę powiedzieć, że chciałbym, ale kiedyś… Stanąć z Nią na ślubnym kobiercu i wymówić tą magiczną formułę. To jak stanąć na scenie, podczas gdy było się dotąd tylko widzem. Tylko kiedy? Po co ryzykować jeśli jest dobrze. Ślub to jest fantastyczne przeżycie, którego chcę doświadczyć, ale nie wiem kiedy.
Skoro chęć wzięcia ślubu nie jest kwestią partnera, bo Ona jest i jestem szczęśliwy, to może ślub to jest także kwestia dorośnięcia? Tak jak pierwszy rower, wyprowadzka do innego miasta. Może osoby, które mają w otoczeniu same pozytywne przykłady, łatwiej podejmują decyzję o “żeniaczce” i “zamążpójściu”? Zresztą ślub cywilny to teraz chyba raczej kwestia prawna? A czy rodzinę nie mogą tworzyć osoby mieszkające wspólnie, żyjące razem i będące szczęśliwymi?
Technorati Tags: Wczoraj,Sądziłem,Przecież,Oczywiście,Panią,Pana,Pani,Także,Kiedy,Wiem,Problem,Posługiwanie,Osoba,Myślę,Jestem,Codzienność,Ludzie,Inni,Stanąć,Tylko,Ślub,Skoro,Może,Zresztą,która,które,którą,zawsze,kontekście,dlaczego
Windows Live Tags: Wczoraj,Sądziłem,Przecież,Oczywiście,Panią,Pana,Pani,Także,Kiedy,Wiem,Problem,Posługiwanie,Osoba,Myślę,Jestem,Codzienność,Ludzie,Inni,Stanąć,Tylko,Ślub,Skoro,Może,Zresztą,która,które,którą,zawsze,kontekście,dlaczego
O Bogu miłości, radości i wesela
Uwaga ostrzegam. Bieżący post będzie wyrazem CZYSTO SUBIEKTYWNYCH poglądów autora tego bloga. Z chęcią wysłuchane zostaną polemiki i uwagi. Jednak poglądy owe muszą ulec samoprzekształceniu, a krzyk i obelgi wpłyną raczej hamująco. Także uprasza się o zachowanie dystansu w rozmowie.
Się ostatnio w wolnych chwilach i w chwilach zwątpienia zastanawiam nad tym w co wierzę.
Pamiętam skądinąd hasła pod tytułem “religia to opium dla ludu” itp. Nigdy do mnie nie trafiały. Dla mnie po prostu nie wyobrażalne jest, że ta harmonia jaka panowała ,zanim my poczuliśmy się wszechmocni, nie jest kwestią przypadku. To jak skonstruowane jest wszystko od ziarna piasku po ludzki mózg nie może być tworem samym z siebie, ani nie może być tworem rzutu jakiegoś przypadku, albo czegoś gdzieś tam z kosmosu, co nawet jeśli istnieje też nie może być tworem takiego samego przypadku, ani tym bardziej nie mogą być formą samostworzenia. Zwyczajnie rozumuję, że nic nie bierze się z powietrza. Jak mam wodę to nie zrobię z niej złota itd.
Czyli wierzę. Wierzę w Boga.
Tylko jak nazywa się ta moja religia… Dlaczego chrześcijaństwo, a nie islam, albo judaizm. Gdyż to najbardziej zwalczana religia i jednocześnie najbardziej hmmm… ludzka. Nie będę się zagłębiał w jakieś niuanse, choć tu pewnie ciekawsze dyskusje by się wywiązały, ale także bardziej bezpodstawne i bezprzedmiotowe.
Chrześcijaństwo próbuje się okryć cieniem pedofilii księży, sekciarstwa, religii solarnej itp. Ok, zgoda. Są tego typu incydenty, ale po pierwsze jest ich mniej niż dobrych przejawów chrześcijaństwa, ale są ciekawsze medialnie niż “zwykłe” wierzenie. Po wtóre zdarzają się wszędzie i każdemu, religii, korporacji, państwu, w domu.
Poza tym to jedyny przejaw “nadstawienia drugiego policzka”. Inne religie każą chwytać za miecz i ciąć równo wszystkich.![]()
Jeszcze jeden często przytaczany antyprzykład dla religii – dewotyzm. Zgoda, ale to u nas. To jeszcze wiejska zaprzeszłość, która ciągnie się od dyktatury proletariatu. Dlatego patrząc na religijność trzeba wyjść poza polskie piekiełko. Weźmy sobie Francję. Kościoły buduje się jak się budowało, ale w skali kilkakrotnie większej gdyż podstawą staje się wszechrówność i powstaje nie jeden kościół, ale kilka. Zresztą to nieważne. Do kościoła chodzą ci, którzy chcą – wreszcie!
Co do polskiej religijności. Nie widzę w niej nic złego. Nowoczesna religia i nauka nie kłócą się ze sobą. Nauka nie neguje religii, a osoby duchowne wspierają przedsięwzięcia naukowe. ALE ŻEBY TO ZOBACZYĆ MUSIMY WYJŚĆ POZA NASZE PIEKIEŁKO. W CERNie pracuje wiele osób duchownych, poprawia to wizerunek firmy, ale także i morale pracowników.
Uważam, że polski sposób myślenie a to głęboki ciemnogród. Nie jestem polonofobem, ale obawiam się, że przed nami długa droga zanim zrozumiemy jaka spoczywa na nas Polakach odpowiedzialność, co to jest religia i jak się obchodzić z byciem człowiekiem.
PS. Poza tym, który Bóg objawił się ludziom na jakby nie było imprezie? A no JEZUS CHRYSTUS. Na weselu, skończyło się wino, a Jezus zamienił wodę w wino dla weselników, a nie rozganiał towarzystwa mieczem. WNIOSEK: Bóg się cieszy gdy ludzie są radośni, gdy się kochają i miłują, ale z człowieczeństwem, a nie dla imprezy i pieniędzy…
O samotności na różne sposoby.
Nie tak dawno jęczałem, że a to sam jestem, a to coś tam. Potem moja głowa zaczęła sobie wiele rzeczy tłumaczyć. A teraz to już mam wreszcie kogoś wyjątkowego, samotny nie jestem. ALE SAM ;). Wiadomo – po polsku – dobrze być nie może :).
Siedzę w biurze w pracy jest nas ponad tuzin i jest 3 osoby, z którymi można pogadać. Natchniony tymże podsuwam fajny filmik :)
OK ja wiele jestem w stanie zrozumieć. Jedni oskarżają go o pedofilię, inni mówią o nim, że był dziwak. Jeszcze inni po prostu z niego szydzą.
Ja to wszystko jestem w stanie zrozumieć. Jednak też mam swoje granice. Fakt nie słucham już takiej muzyki, ale na niej wyrosłem. Nie ma co mówić.
Tak czy owak ktoś według mnie przegiął na tej grafice:

Nietolerancyjna tolerancja.
Ostatnio się zastanawiałem dlaczego ja jestem taki nietolerancyjny. Mam swój mało popularny ogląd na homoseksualizm, według społeczeństwa taki jak mój ogląd świadczy o nietolerancji. Mam także swoje poglądy na temat aborcji, które to także poglądy są wedle ogółu nietolerancyjne.
Ja się w takim razie pytam czym jest do cholery tolerancja. Bo jeśli dobrze rozumiem tolerancja w takim rozumieniu to akceptowanie jednych i jedynie słusznych poglądów. Według tego jest się tolerancyjnym jeśli za normę przyjmuje się małżeństwa homoseksualne i inne zachowania dewiacyjne (przed polemiką z tym sformułowanie polecam lekturę definicji słowa dewiacja). Innymi słowy jeśli chcę być tolerancyjny muszę przyjąć je za normę.
A ja dostrzegam tu pewien błąd znaczeniowy. Tolerancję przyczepiono do jednych poglądów. Co jest kłamstwem i nadużyciem! Tolerancja to pewien sposób nastawienia wobec innych, a nie sposób myślenia o świecie.
Będąc osobą tolerancyjną przyjmuję do wiadomości, że istnieją różne sposoby patrzenia na jedno zagadnienie i niezależnie od swoich poglądów przyjmuję za fakt, że są ludzie który myślą odmiennie ode mnie i nie są przez to gorsi, ani źli.
Wobec tego uważam się za tolerancyjnego. Gdyż sam nie akceptuję homoseksualizmu i uważam go za dewiację społeczną, psychologiczną i biologiczną (co potwierdzają liczne badania), jednak przyjmuję do wiadomości, że są ludzie dla których to zachowanie seksualne i preferencja jest zupełnie normalna i tolerowalna, i tak jak ja potrafią przytoczyć przykłady badań na poparcie swojej tezy.
Tolerancja to moim zdaniem uprzejma nieuwaga na czyjeś poglądy.
Ja mam swoje, ty masz swoje i gitara.
Dlatego apeluję o oderwanie tolerancji od akceptowalności i poglądów społecznych!
Mieszkanie
Ostatecznym sprawdzianem każdej miłości jest wspólne zamieszkanie. Rzecz jasna można to także rozciągnąć na inne sfery życia towarzyskiego – przyjaźń itp. Jednak ja skupię się na miłości.
Bo zastanówmy się co mamy. A no mamy dwie kochające się osoby, będące wierne sobie przez już jakiś czas, kochające się w przenośni i dosłownie. Tak… Tylko czy one się tak w 100% znają. Owszem zgoda bywają ze sobą, w dosłownym znaczeniu, kilka/kilkanaście godzin dziennie, czasami się nie widzą w ogóle, a raz na rok, ewentualnie raz na pół roku wyjadą gdzieś razem na tydzień wakacji. Ja przepraszam, ale w swoje około socjologiczne myślenie lubię czasami wpleść wątek pseudomatematyczny.
Jeśli zatem, przyjmiemy, że 24 h to 100%, to dziennie widują się przez jakieś 60-65%. Jednak to mylny trochę rachunek gdyż trzeba rozważyć to w skali tygodnia, bo wiadomo dzień nierówny dniu.
W związku z tym. Tydzień to 168 godzin. To też nasze 100%.
Na sen należy odliczyć mniej więcej 50 godzin. Zostaje nam 118 godzin.
W dniach od poniedziałku do piątku, przyjmując, że zainteresowani nie uczą się i nie pracują w tym samym miejscu, na pracę itp. obowiązki należy odliczyć kolejne 63 godziny. Zostaje nam 55 godzin.
Od pon do pt nasi zakochani niech się widują po 4-5godzin => max. 25h. W weekend odliczając kolejne przeszkody dajmy im dobę.
Reasumując widują się przez około 50 godzin na tydzień. No tu zbyt rozbudowane rachunki nie są nam potrzebne, jasno widać, że w skali tygodnia spędzają ze sobą mniej niż 30% czasu.*
Wspólne zamieszkanie mocno przewraca nam te rachunki. Tak oto śpią razem cały tydzień +50h. Weekendy też przede wszystkim razem i (o zgrozo teściami i rodzicami) +48h. I oczywiście czas wolny od pracy i nauki w tygodniu roboczym +30h. Razem 128h. Czyli 76% czasu spędzają tylko ze sobą, albo raczej przede wszystkim ze sobą.
To jest dopiero okazja na poznanie się.
Moja teoria jest taka:
Dwoje ludzi spędzając ze sobą mniej niż 30% czasu na tydzień jest w stanie w jakimś stopniu się kontrolować. Unikać małych (często denerwujących innych) dziwactw. Jednak też w drugą stronę przez ten procent czasu nie jesteśmy w stanie dokonać odpowiednio wnikliwej obserwacji, żeby wyłapać pewne zachowania, które potencjalnie mogą stanowić problem.
Tak to jednych denerwuje stawienia kubków bezpośrednio na stole, innych niedomykanie drzwi, oglądanie telewizji przy zapalonym świetle. Jednak dopiero długotrwały kontakt pozawala na dokonanie takich obserwacji zachowań u wybranki/wybranka. Co okazać może się ostatecznym sprawdzianem własnej tolerowalności.
Dlatego cieszmy się, jeśli uda nam się pomieszkać z kimś kogo jak twierdzimy kochamy, a po tym czasie nie mamy ochoty zabić jej/jego, a tym bardziej jeśli nasze uczucie pozostaje niezmienione. ( w ramach prywaty powiem, że mnie się ostatnio udało :))
* wyliczenia są bardzo subiektywne i relatywne, jeśli macie lepsze czekam.
PS. Jeśli chodzi o to dlaczego ostatecznym testem nie jest wierność itd. Już tłumaczę. Otóż takie rzeczy testujemy całe życie. Jednak obrączka może być zarówno ukoronowaniem i swoistą nagrodą, jednak są też tacy u których jest ona jedynie zdrowym rozsądkiem.
Książki
Mam takie zapytanie do czytelników bloga.
Jakie książki polecacie na wakacje? Bo mam chwilę i już kilka książek a poszukuję kolejnych…
Wpisujcie w komentarzach.
Szybko w przerwie POLECAM!
Zrobiłem sobie małą przerwę w nauce do ostatniego egzaminu. Chciałbym coś/kogoś zareklamować. Moim zdaniem to strasznie racjonalnie i dobrze myślący człowiek, a jego program to dla mnie rozrywka i nauka. Do tego niezły z niego antropolog i socjolog. Poza tym mądry chłop. I gada tak że go rozumiem. Choć może nie jest popularny za swoje poglądy co do homoseksualizmu.
WOJCIECH CEJROWSKI – Boso przez świat.
POLECAM SERDECZNIE!!!
Makabryczny tytuł, który jednak ma sens, co zresztą zaraz udowodnię.
Co się stanie po odejściu Beenhakkera? No choas. Nasze “polskie piekiełko” zamarznie. PZPN wybierze według mnie kolejnego celebryta z polskim ekspiłkarskim doświadczeniem, który okaże się niewypałem, a Polska wystąpi na EURO2012 tylko dlatego, że będzie gospodarzem. Na szczęście szybko z nich odpadniemy i nie będziemy się kompromitować. Co będzie potem? nic. Prawdopodobnie do 2060 roku wspominać będziemy Wembley i Euro2012.
Zmiany? Komisarze? Cóż. Za komisarza mogą wykluczyć nas z rozgrywek międzynarodowych. Zmiany zostają. Hmmm.. Ale czy to ma sens? Nasz PZPN to dla mnie jak stary wieelki dom, z pokojami o których nikt nie pamięta, z fundamentami, które jeszcze się trzymają, ale co to za trzymanie…
Na dobrą sprawę caly ten dom trzeba byłoby przebudowywać. To jest możliwe, ale fundamentów się nie wymieni… I dom cały czas będzie drżał w posadach i groził zawaleniem.
Ten dom zaczął się walić. Ale nie zawracajmy głowy konserwatorom.
Postuluję i proponuję stworzenie nowego bytu. Nowego związku. Postawionego na nowoczesnych zasadach, zarządzanego przez specjalistów przeróżnych specjalizacji. Wzorującego się na systemach zachodnich. I prowadzaonym przez osoby, które miały bliski kontakt ze związkami Włoskimi, Hiszpańskimi, Niemieckimi. Z dobrze wyszkoloną kadrą, kształcącym trenerów, sędziów na światowym poziomie. Z łowcami talentów jak w NBA.
Taki nowy twór szybko zyskał by na popularności wśród sponsorów, piłkarzy i tzw. gawiedzi, czyli widzów. Nowe rogrywki na nowych zasadach, nowe puchary, lepsze relacje itp. itd. Więcej lepiej gospodarownych środków i przede wszystkim kontrola ze strony piłkarzy i widzów – konsumentów ich produktu.
Piłkę nożną trzyba wykreować, wypiec i sprzedać odpowiednio doprawioną i konkurującą z wypiekami innych krajów.
A! Na koniec.
LEO MUSI ZOSTAĆ!!! To jedyna osoba, za którą moim zdaniem możemy się nie wstydzić. Piłkarzy mamy rewelacyjnych, trenera też, ale ich rozwój blokuje dinozauropodobny stwór.
Polecam:
Beenhakker: kogo jeszcze obchodzi co mówi Tomaszewski?
Mroźne lato nastało razem z odwilżą i zapowiadanymi zmianami w polskiej piłce i związku.
Jednak jeszcze zanim o nim.
Skupię się teraz na Leo Beenhakkerze. Czytaj dalej ‘Niezależny Polski Związek Piłki Nożnej cz.2, czyli o mroźnym i niezmiennym lecie…’
O dominacji i mężczyźniątkach…
We współczesnych świecie ciężko jest mówić o dominacji seksualnej. Społeczeństwo ponowoczesne jawie się jako utopia czasu i miejsca, ostoja „wszech-tolerancji”, która niestety nie jest tolerancyjna wobec poglądów innych niż przez nią tolerowane. To także miejsce wszelakiej równości. To zdaje się motywować społeczeństwo do tak daleko posuniętych dążności do tegoż stanu. Tym samym na drodze do pewnego sukcesu są te wszystkie ruchy społeczne, które zwracają uwagę na nierówności związane z płcią. Czytaj dalej ‘O dominacji i mężczyźniątkach…’
Zagrożenie terrorystyczne jako przyczynek do uwspółcześnionej mitologii
Społeczeństwo ponowoczesne w znaczny stopniu oparło się na nauce, faktach i tym co jest dookoła. Ideały ograniczono do dóbr materialnych – idealna żona, idealna praca, idealne dzieci, idealna twarz, idealny świat. Rzeczywistość dostarcza każdemu tylu faktów, że należało znaleźć szybko pośrednika, który wyselekcjonuje najważniejsze (jego zdaniem), ubierze w szybką i łatwą do przyswojenia formę, poczym przekaże w równie atrakcyjny sposób. Tak powstała telewizja, a potem jeszcze szybsze medium – Internet. Tempo narzucone członkom tej globalnej społeczności, pozwala patrzeć i planować przyszłość, bo w momencie kiedy o niej myślą on już ich dogania i staje się teraźniejszością. W związku z tym mity zostały zepchnięte niejako do podświadomości. Egzystują gdzieś krańcach pamięci, a odżywają gdy ktoś wywoła ich przypomnienie. Innymi słowy ktoś musi podać impuls.
Rodzi się więc pytanie jak długo społeczeństwo może istnieć pozbawione mitologicznego elementu życia? Społeczeństwa dotychczas traktowały mity jak inspiracje, nauki, tworzywo dla archetypów. Nie rzadko także były one elementami codzienności. Obecnie jednak te „stare” mity zostały pochłonięte przez postmodernistyczną symulację i zagnieżdżono je jako elementy nowej, lepszej hiperrzeczywistości. Można by się odwołać tu do gombrowiczowskiego „upupienia” mitów.
Okazało się jednak, że ponowoczesność potrzebuje swoich ponowoczesnych mitów. Przyczynku do nowej mitologii dostarczył rok 2001. Terrorystyczny atak na World Trade Center, oraz realne zagrożenie podobnych ataków sprawiło, że wytworzył się specyficzny rodzaj świadomości, spełniający kryteria funkcjonalne i zawierającej cechy mityczne. Choć może jeszcze nie jest to tak określane. Czytaj dalej ‘Zagrożenie terrorystyczne jako przyczynek do uwspółcześnionej mitologii’
Z racji takiej, że jest zasadniczo sesja, nie chce się uczyć jak nie wiem co, kiedy trzeba siąść do nauki szukam wszytskiego byle się nie dobrać do książek. Znowu nie mam czasu napisać niczego sensownego. Z ratunkiem przychodzi mi muzyka. Oto kolejna playlista wpasowana jakoś w mój nastrój i kilka przegenialnych oczywiście moich myśli ;).
#1 Kiedyś myślałem, że podstawą udanego życia jest kontrola. Ograniczenie możliwości wpływania losu tak, aby ostatnie zdanie, albo kolejny krok był moją decyzją, a nie jego. Nie lubię przypadku, tak jak prawa serii, albo par nieszczęść. A co, jeśli nagle coś się zaczyna dziać nad czym nie ma się do końca kontroli, ale nadal nam się to podoba… Odkryłem chyba co trzeba – odrężyć się pozwolić tej rzece płynąć samej :) (Hooker & santana – Chill Out)
Kurde i chyba w sumie tyle :D
Ochrona gatunków
A czy Ty popierasz ochronę zagrożonych gatunków?!

PanDaTrzy
Muzyka, bo ona zostaje na zawsze
Drodzy zgromadzeni, w ilości średniej 26. I tak, tego typu wynik uważam za dość duży sukces. Otóż okazało się, że statystycznie rzecz ujmując, niepowtarzalnych numerów IP odwiedzających blog, jest około 20 dziennie. Dzięki Wam :).
W najbliższym czasie spodziewajcie się kilku garści informacji o nowej idei, którą zacząłem rozwijać. Czeka mnie kilka spotkań organizacyjnych, a od września intensywne działania. Szczegóły potem.
O czym dzisiaj? O podnoszeniu się po upadku.
#1. Chciałem kiedyś przemówić komuś do rozsądku, udowodnić, że byłoby lepiej inaczej. Mówiłem metaforami, porównywałem, tłumaczyłem. Wreszcie dokonałem psychologicznego i terapeutycznego oczyszczenia, napisałem list, który też nie przyniósł efektu. Ale za to oczyściłem umysł. Chcę zapytać, ale nie wiem po co jeszcze? Bo czy Ona to w ogóle traktuje poważnie? [Hey - Jeśli wiesz co chcę powiedzieć]
#2. Chyba jednak nie. Cóż w związku z tym? Ciężko powiedzieć. Dostałem sygnał, iluminacji, who knows (kto wie). Pozytywizm jednak mi się włącza, liczę na to już tylko, że zrozumie czym jest to co jest ambicją każdego człowieka – miłość. A jak to poraz ostatni wytłumaczę to chyba pora iść, co nie? [Happysad - Zanim pójdę]
#3. Trzeba zacząć iść, życie to nowe wyzwania, nowi ludzie, bracia i siostry, stowarzyszeniowcy i inni pozytywiści. Jednak zostało jeszcze jedno… Czy wybczę, wybaczyłem? Nie wiem. Może i tak, ale pamięci nie wyzeruję, nie usunę dobrych wspomnień i jednej zadry jaką dostałem, i razu prosto w pompę ssąco-tłoczącą. [Akurat - Tylko najwięksi]
#4. Co dalej? Trzeba iść. Dokąd? Nie wiem. Tam gdzie nie sięga wzrok, a wspomnienia są wystarczająco wygaszone i opanowane. [Jopek & Metheny - Tam gdzie nie sięga wzrok]
#5. Puenta? A po co skoro to dopiero początek? Kolejny początek, ale początek :)
Garść myśli przed egzaminem
Pomyślałem “se” tak;
Skoro ktoś chce być z zerem, a nie z bohaterem to już nie moja rzecz.
Czy przesadzam mówiąc o sobie “bohater”, możliwe, ale inaczej by mi się nie rymowało. Poza tym mam się za kogoś lepszego niż ten ktoś o kim teraz myślę.
Po wtóre czy nie przesadzam nazywając kogoś zerem? Nie, parafrazuję słowa osób zainteresowanych.
Dlaczego tak o tym mówię, a bo przypomniał mi się dzisiaj premier Miller, który tak mówił o ministrze Ziobro.
Najnowsze komentarze